Ponoć trzeba w IV RP zrobic rewolucję, bo juz inaczej żyć się nie da. Jak sama rewolucja ma wyglądać, nie bardzo wiadomo, większość dyskutantów na Salonie24 gardłujących za rewolucją wszelako zgadza się, że należy to zrobić pokojowo, a niektórzy (np. Azrael) dodają, ze koniecznie w ramach demokracji. Jak w ramach demokracji ma przebiegać rewolucja, nie bardzo wiadomo – chyba jedynym precedensem bylaby rewolta w Paryzu w 1968 roku, ale za bardzo demokratycznie ani pokojowo to tam zdaje się nie bylo, a w dodatku skończyło się jak się skończyło. Mam nadzieję, ze jakaś politycznie poprawna metoda zostanie jednak wkrotce znaleziona i będzie można zaczynać.

Ale ja nie o tym chciałem napisać. Zapewne każdy się zgodzi, że nie ma większego sensu robić rewolucję, a już na pewno brać w niej udział, jesli ta nie ma szans i na sto procent skończy się niepowodzeniem – wiadomo, potem będą szubienice, plutony egzekucyjne, katorga, a w najlepszym wypadku wygnanie, same nieprzyjemne rzeczy. Z kolei dołączyć do rewolucji pózno, kiedy już zwyciężyła, wielkich benefitów nie przyniesie. Jest więc rzeczą ważną, aby mieć jakies dobre kryteria, które pozwolą ocenić szansę zwycięstwa.


Okazuje się, ze istnieje teoria sukcesu rewolucji, opisana przez niedawno zmarłego Pana Kurta Voneguta, w dziele pt. “Sinobrody (Bluebird)”. Teoria ta została włożona w usta jednej z pobocznych postaci, pisarza Paula Slazingera. Jej dużą zaletą jest to, ze odnosi się ona do kazdej ludzkiej działalności: polityki, religii, techniki, biznesu, medycyny, etc.

W skrócie, teoria owa przedstawia się następująco:
Ludzie nigdy nie przyjmą zadnego nowego pomysłu w żadnej dziedzinie życia jeżeli nie zostanie on im zaprezentowany przez trójcę swego rodzaju specjalistów. Inaczej, niezależnie od stopnia w jakim obecne postępowanie społeczenstwa jest nierealistyczne, niesprawiedliwe, dziwaczne, szkodliwe czy wręcz idiotyczne - na żadną zmianę nie ma szans i wszystko będzie szło po staremu.
Trójca ta musi składać się z trzech swoistych specjalistów:
1. autentycznego geniusza - kogos kto ma nowe, wspaniałe pomysły co, jak i po co zmienić. Dzialając samotnie, geniusz taki jest uważany zawsze za szaleńca;
2. człowieka sukcesu cenionego za swoja mądrość wsród społeczeństwa, który rozumie i podziwia idee geniusza i ktory potwierdza społeczeństwu, że ów geniusz nie jest zwyklym szalencem. Samotnie działając, czlowiek taki pragnie zmian, ale nie bardzo ma pojęcie, na czym owe zmiany polegać by miały;

3. człowieka, ktory potrafi wyjaśnić wszystko społeczności w sposób przystępny i przekonać je do pomyslu, niezależnie od tego jak skomplikowny jest omawiany problem i niezależnie od tego, jak głupie i uparte jest owo społeczeństwo. Człowiek taki działając samotnie i bazując wyłącznie na swoich płytkich pomysłach, moze być najwyzej zręcznym demagogiem (w oryginale "full of shit as a Christmas turkey").

Wg. Pana Voneguta, jeżeli ruch rewolucyjny nie ma w swym składze takiej trójcy, nie ma najmniejszej szansy na sukces. Historycznie, wezmy np. chrześcijaństwo: mamy geniusza religijnego (Chrystus), człowieka sukcesu (sw.Pawel) i mamy trzeci komponent (czterech ewangelistów).


Mam nadzieję, że mój wpis pomoże oportunistom, którzy wahają się, czy poprzeć rodzące się ostatnio różne ruchy w naszej Ojczyznie.